Białoruś, Litwa 2004 - czyli rowerem po Litwie Środkowej Trasa:

wersja do wydruku
strona główna





Jeśli podoba Ci się ta strona, zagłosuj na nią:

Wyprawy Rowerowe
Rowery Top Lista

Białoruś, Litwa 2004 - czyli rowerem po Litwie Środkowej




WSTĘP

       Dlaczego Białoruś? Może dlatego, że chciałem pojechać tam, gdzie mnie jeszcze nie było. Oprócz tego kilka innych powodów: namowa koleżanki z Mińska, zwiedzanie zabytków lub ich pozostałości, zobaczenie jeziora Narocz (przed wojną największego w Polsce), chciałem dowiedzieć się jak żyją ludzie w kraju Łukaszenki, oraz przeżyć ciekawą przygodę. Jadąc na Białoruś: nie miałem dokładnych map tego kraju, nie wiedziałem jakie jest wyposażenie sklepów, bałem się brudnych rzek i jezior, w których nie będzie można się kąpać i ludzi, spoglądających na nas jak na kosmitów (opowieść osoby, która rok wcześniej pojechała rowerem na Białoruś). Miałem za to wpaniałą, żeńską ekipę, której niejeden kolega później pozazdrościł :-). Jak przebiegła wycieczka? O tym wszystkim w relacji.

 

Adam Rączkowski        wrzesień 2004


13.VII. 2004

Warszawa Grodno

 

Pobudka o 5 rano. Z Warszawy wyjeżdżamy rannym pociągiem. Po kilku godzinach jazdy i dwóch przesiadkach docieramy do granicy. Do pociągu wsiadają białoruscy pogranicznicy w czapkach z rondami wielkości naleśników i bardzo srogimi minami. Każą nam zabierać rzeczy z przedziału rowerowego i wynieść się z nimi na korytarz. Dobrze chociaż, że rowery mogą stać tam gdzie stały. Dwóch płaskoczapkowców zajmuje wygodnie „nasz” przedział i wystawia przez okna lusterka na łapkach. W ten sposób z siedzeń mogą spoglądać czy żaden osobnik nie wyskakuje z pociągu dostając się nielegalnie  na terytorium Republiki Białorusi. Reszta pograniczników chodzi po pociągu i sprawdza paszporty. Całą drogę od Kuźnicy spędzamy stojąc obok „naszego” przedziału. Na szczęście podróż nie trwa długo. Po 30 minutach dojeżdżamy do Grodna.

Wyładowujemy na peron rowery i wszystkie torby,  po czym spokojnie zakładamy sakwy na bagażniki. Kilku umundurowanych mężczyzn z karabinami u boku wydziera się na  nas, dając w ten sposób do zrozumienia, że mamy się skierować w stronę budynku dworcowego. Okazuje się, że czeka nas jeszcze kontrola celna. Szczęśliwie okazuje się ona formalnością. Lądujemy po drugiej stronie budynku dworca i kończymy zakładanie tobołków na bagażniki. 

Pierwsze wrażenie jakie robi na nas Grodno nie jest najlepsze: szare brzydkie bloki, szare niebo, szarzy ludzie. Gdzie jest grodzieńska starówka? Rozglądam się wokół dworca, wymieniam złotówki na białoruskie ruble, pytam o drogę do Domu Polskiego. Planujemy znaleźć jakąś niedrogą kwaterę, spędzić jeden dzień w mieście, a jutro wsiąść w pociąg i dojechać do Lidy lub Mołodeczna. Stamtąd chcemy udać się w kierunku jeziora Narocz i pojezierza Brasławskiego i przez Łotwę i Litwę wrócić do Polski. Plan jest dość elastyczny i w zależności od naszego nastroju, pogody i sił w nogach możemy go zmieniać.

Dom Polski jest dość blisko od dworca. W drodze do niego przerażają nas wysokie 20-30 centymetrowe krawężniki przy chodnikach. Na mnie pozytywne wrażenie sprawiają samochody, które są nieco lepsze niż te na Ukrainie (sporo aut niemieckich). Kierowcy także jeżdżą spokojniej. Zauważyłem nawet kilka przypadków, w których kierowca zatrzymał się przed przejściem dla pieszych, gdy ktoś stał koło pasów. W Domu Polskim znajdujemy namiary na nocleg u polskiej rodziny. Z miejsca udajemy się w kierunku wskazanego adresu. Kieruje się planem Grodna, który pożyczyłem z biblioteki Domu. Miasto położone jest na pagórkach, których (ku „dzikiej radości” dziewczyn) z powodu braku poziomic na mapie nie udaje nam się ominąć. Jedziemy więc pod górkę i z górki, po asfalcie i gruntowych drogach wśród małych, drewnianych (wiejskich) domeczków. Przekraczamy Niemen. Z mostu rozciąga się ładny widok na miasto. Widać zamek, kościoły, bloki i drewniane chatynki. Podziwianie panoramy przerywa nam silny deszcz. Ku naszemu przerażeniu z sekundy na sekundę coraz mocniej pada. Pełną parą ruszamy przed siebie. Po kilku chwilach znajdujemy balkon jakiegoś bloczku, który służy nam za schron.

 

Pod balkonem

"W czasie deszczu dzieci się nudzą"...

 

Czekamy, aż przestanie padać, jemy czekoladę i rozpatrujemy dalsze plany. Po godzinie deszcz ustaje, a my jedziemy dalej po mokrych i bardzo dziurawych ulicach. W końcu szczęśliwie docieramy pod wskazany adres. Ładny, drewniany domek ze wspaniałym ogrodem pełnym kwiatów od razu przypada nam do gustu. Gospodarze są także bardzo serdeczni. Zostawiamy rzeczy w ich domu i ruszamy na miasto.


Grodno - widok na miasto

Grodno - widok na miasto

 

W słońcu Grodno wygląda inaczej. Na każdym kroku dobrze zaopatrzone sklepy. Ich witryny w znacznej większości przyozdobione są w czerwone plakaty upamiętniające 60 rocznice oswobodzenia Białorusi przez Armię Radziecką. „Wiecznaja sława gierojom Sowetskiego Sojuza”,. Czerwone gwiazdy są obecne na każdym kroku w tym mieście. Czyżby istniał jakiś nakaz wywieszania tego wszystkiego? 


Dekoracje witryn sklepowych


Jeździmy po kolorowych uliczkach starówki, która wbrew opisom niektórych podróżników, wcale nie wygląda na zrujnowaną. Robimy zakupy, a później przez wielki plac na którym stoi Lenin docieramy do dworca kolejowego. Tu okazuje się, że remont torów kolejowych nieco zmieni plan naszej podróży. Decyzję „co robimy dalej” odkładamy na później. Ponieważ jesteśmy bardzo głodni i znowu zanosi się na deszcz, szybko znajdujemy sympatyczną restaurację. Najadamy się do syta a wszystko to za cenę 5 złotych od osoby (chyba kelnerka pomyliła się na naszą korzyść, ale nie jesteśmy w stanie już dojść gdzie, dlatego płacimy tyle ile jest na rachunku).Zostawiamy napiwek i ruszamy w kierunku naszej kwatery aby po tak długim i pełnym wrażeń dniu móc ułożyć plan na dzień jutrzejszy i w końcu odpocząć. Wracając mijamy jeszcze monumentalny pomnik Armii Czerwonej, odsłonięty kilka miesięcy temu przez samego Łukaszenkę z okazji 60 rocznicy oswobodzenia Białorusi.

Wieczorem dochodzimy do wniosku, że mimo wszechobecnej propagandy nie taka Białoruś straszna jak ją malują. Ustalamy plan działania: jutro chcemy lepiej zwiedzić Grodno, a potem wyruszyć wzdłuż Niemna w kierunku jeziora Narocz, Brasławia i Łotwy.

 

14. VII. 2004

Grodno - Starina (∆ = 40 km.)

 

Rano budzimy się wraz z pięknym słońcem, zaglądającym przez okno do pokoju. Przemiła pani, u której nocujemy zaprasza nas na śniadanie. Nie spodziewaliśmy się, dlatego jest to dla nas bardzo miłe. Po posiłku ruszamy na miasto. Rowery wraz z większością rzeczy zostawiamy w Domu Polskim, a sami pieszo idziemy blokowo-staromiejskimi uliczkami. Centrum Grodna to połączenie XIX wiecznej architektury (do której zaliczyłbym też niektóre drewniane domki) i socrealizmu. Jest też kilka starszych zabytków, które często są „przytłoczone” sowieckimi akcentami. Na jednym z centralnych placów stoi Lenin, w centrum można także zobaczyć czołg na cokole.


Cholerny bohater rewolucji

 

Klimat radzieckiego miasta dopełniają nazwy ulic (17 września, Marksa, Dzierżyńskiego, Kirowa, Sowieckich Pograniczników, Proletariacka, Krasnoarmeńskaja, Zwycięstwa, Pokoju...) i setki czerwonych plakatów zza witryn sklepowych. Nas jednak bardziej interesują zabytki tego miasta. Zwiedzamy barokowe kościoły jezuitów i bernardynów, następnie udajemy się do muzeum znajdującego się w starym zamku. Ogromna ekspozycja składa się z sal poświęconych wykopaliskom archeologicznym, historii Grodna. Na drugim piętrze kilka pomieszczeń poświęconych bohaterskiej Armii Czerwonej i wielkiej wojnie ojczyźnianej (1941-45). W dalszych gablotach można tez obejrzeć zasuszone zwierzęta, ptaki, prehistoryczne makiety, a także plony wydawane przez białoruską glebę. Podziwiać można między innymi: sztuczne ziemniaki, dynie i buraki w najróżniejszych odmianach. Po wszystkich ekspozycjach schodzi się po schodach, do ciemnego pustego korytarza pachnącego uryną. Przechodzi się kilkadziesiąt metrów po czym, gdy znajdzie się schody można wejść do góry, otworzyć drzwi i odetchnąć świeżym powietrzem na zewnątrz muzeum.

Wracając do naszych rowerów przechodzimy jeszcze obok grodzieńskiej synagogi. Mamy szczęście bo spotykamy starszą panią, która na co dzień opiekuje się budynkiem. Dzięki jej uprzejmości możemy wejść do środka. Świątynia jest ogromna i bardzo zdewastowana. Mimo to ok. 120 osób regularnie przychodzi się tu modlić. Z inicjatywy wiernych rozpoczęto prace remontowe. Częściowo odnowiono wnętrze, na dalsze remonty brakuje jednak pieniędzy.


Grodno - synagoga

Grodno - synagoga

 

W czasie naszego spaceru pogoda robi się nieciekawa. Ciemne deszczowe chmury grożą nam w każdej chwili ulewą. Dochodzimy do Domu Polskiego, dziękujemy za przechowanie rzeczy, szybko pakujemy nasze rowery po czym równie prędko wyjeżdżamy z miasta w kierunku Ostriny. Granatowe chmury towarzyszą nam przez całą drogę, mimo to chwilami prześwituje słońce. Równa droga i wiatr w plecy pozwalają nam osiągać całkiem niezłe prędkości. Szosa nie jest ruchliwa. Jednak mijają nas od czasu do czasu ciężarowe samochody: „ziły” i „kamazy”, pozostawiające za sobą chmury spalin.

Po godzinie czasu dojeżdżamy do jeziora Rybnica i rozbijamy nasze namioty. Tego dnia zaczynamy też sezon kąpielowy. Nierzadko w czasie jazdy jest nam gorąco i mamy ochotę zanurzyć się w wodzie. Czasem nie mamy lecz wiemy, że jeśli się nie umyjemy będzie bardzo nieprzyjemnie. Lepkie nogi i swędzenie to kara grożąca rowerzystom-brudasom po dniu jazdy (doświadczyłem na własnej skórze) Temperatura powietrza to 15-20 stopni, a woda robi wrażenie jakby była jeszcze chłodniejsza. Tylko zdesperowani decydują się na zanurzenie się w jeziorze...


Kąpiel

Tylko zdesperowani decydują się na zanurzenie się w jeziorze...

 

Pogoda nie napawa nas optymizmem. Jest szaro, czasami kropi, a my odpoczywamy w namiotach i przygotowujemy się do następnego dnia.

 

 

15. VII. 2004

Starina – Ozeri – Ostrina – Korewiczi – Gołowiczpole – Glebowcy – Górnofel –Skribowcy – Murowanka - Nowosady (∆ = 78 km)

 

Pobudka o 7.00 rano. Śniadanie, pakowanie i jedziemy! Początkowo towarzyszy nam słońce, później gonią nas ciemne chmury. Deszczowy front znad Atlantyku ma jedną podstawową zaletę - wspaniale dmucha nam w plecy powodując, że nasze „velocypedy” mkną z zawrotną prędkością 25 km/h. Asfaltowa droga prowadzi nas przez las. Nie widać żadnych wiosek. Rzadko mijają nas samochody. Czasem widać ludzi z plastikowymi wiadrami – zbierają: poziomki, jagody i grzyby.


Ciemne chmury gonią

Gonią nas ciemne chmury

 

W Ostrinie robimy tylko zakupy. Odkrywamy słodkie serki w czekoladzie – które okazują się szybko jadalnym przebojem pierwszych dni wyjazdu.

 Za miasteczkiem droga się zmienia. Kończy się asfalt zaczyna się żwirówka. Chwilowo trudno jechać – koła grzęzną w pisaku.  Żołądek podskakuje na nierównej nawierzchni ukształtowanej przez koła traktorów. Gdy docieramy do pierwszej wioski, żwirówka zmienia się w luksusowy asfalt. Nie długo trwa jednak nasza radość z komfortowej jazdy. Za wioską asfalt się kończy i zaczyna się to samo co przedtem... Dalsza droga jest „żwirowo-asfaltową przeplatanką”, której nawierzchnia zmienia się na lepszą tylko w wioskach.

Jak wygląda białoruska wioska na Litwie Środkowej? Prawie w ogóle nie ma domów murowanych, wszystkie są z drewna jak w skansenie. Nie ma co prawda chat krytych strzechą, za to wszystkie domki są kolorowe: żółte, pomarańczowe, brązowe zielone, niebieskie... Prawie każda chata ma ozdobne ramy okienne. Na niektórych budynkach można podziwiać także inne oryginalne wzory ludowe. Na ulicy można spotkać kobiety (najczęściej starsze) z chustami na głowach, panowie natomiast ubierają się w bardzo różny sposób tak, że próba wyodrębnienia jakiejś wspólnej cechy jest niemożliwa. Czasem można też zobaczyć wóz drabiniasty lub spore (liczące kilkadziesiąt sztuk) stado krów idących na łąkę lub wracających do zagród. Gdy wieś jest większa, mniej więcej po środku stoi jakiś barak lub inny niewielki budynek pełniący funkcję sklepu.


Białoruska chatka
Białoruski domek

We wsi Gołowiczpole gdzie oglądamy pałacyk z XX wieku. Jest bardzo zadbany. Według przewodnika Grzegorza Rąkowskiego obecnie znajduje się w nim ośrodek dla upośledzonych dzieci. Dzieci okazują się dorosłymi mężczyznami i bardzo interesują się nami, a szczególnie dziewczynami. Przyglądają się naszym licznikom zapraszają (dziewczyny) „na pokoje”, postanawiamy czym prędzej ruszać dalej.

Prowadzi nas piaszczysta polna droga. Urok takich szlaków jest taki, że nie mijają nas prawie w ogóle samochody i można jechać koło siebie rozmawiając. Widać pola wsie, kołchozy i ich pozostałości.


Sława trudu!

Kołchozy i ich pozostałości

 

Wieczorem  dojeżdżamy do Murowanki. Znajduje się tu wspaniała cerkiew obronna z początku XVI wieku.


Murowanka

Murowanka - cerkiew

 

Ponieważ wszystkie znaki na niebie wskazują na deszcz jedziemy jeszcze kilka kilometrów wzdłuż rzeki Lebiedy po czym znajdujemy dobre biwakowisko nieopodal wioski Nowosady. Miejsce jest bogato użyźnione przez gęsi, ale woda w rzece sprawia wrażenie bardzo czystej. Sporo ciemnych chmur, ale nie pada. Wychodzi słońce, lecz po chwili chowa się za horyzont.


Pokazateli rozwitja chaziajstwa k 2004 godi

Urożajnosti kartofleja
Nadoj moloka

W Żołudku podziwiamy plakaty przedstawiające rozkwit białoruskiej gospodarki do 2004 roku

 

Potem ruszamy w kierunku miejscowego pałacu. Nie łatwo go znaleźć, miejscowi udzielają sprzecznych informacji. W końcu poznajemy kilkunastoletniego Wołodię, który wsiada na rower i służy nam jako przewodnik po Żołudku. Najpierw jedziemy do pałacu Czetwertyńskich. Na miejscu okazuje się, że budynek stoi na terenie wojskowym, jest ogrodzony płotem i bez pozwolenia nie można tam wejść. Dzięki uprzejmości dozorcy udaje nam się go zobaczyć. Neobarokowy pałac jest mocno zdewastowany, tynk odpada, ściany się sypią, na tarasie wyrasta drzewo – mimo to widać jego dawną świetność. Szkoda, że jest tak zaniedbany. Cały czas jesteśmy pilnowani przez dozorcę, więc nie udaje się zrobić zdjęcia. Fotografować możemy za to zabudowania gospodarskie, które znajdują się już poza terenem wojskowym. Obecnie znajduje się tu kołchoz. Pytam Wołodii czy opłaca się pracować w kołchozie? Odpowiada, że można, ale zapłata jest bardzo słaba, około 50 tysięcy rubli na miesiąc (ok. 100 zł). Lepiej jest pracować prywatnie np. przy budowie. Kolejną atrakcją Żołudka jest klasycystyczny kościół katolicki. Właśnie trwają, przygotowania do jutrzejszej uroczystości bierzmowania, na którą przyjedzie biskup. Rozmawiamy chwilę z chłopakami dekorującymi świątynię. Kilku z nich jest diakonami, podobnie jak ksiądz mówią po polsku z ładnym kresowym akcentem. Pytają się nas skąd jesteśmy i jak daleko jedziemy. Szczególnym zainteresowaniem cieszą się dziewczyny i nasze liczniki. Na koniec robimy sobie pamiątkową fotografię. Wołodia eskortuje nas jeszcze kilka kilometrów i wskazuje dalszą drogę. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że tak się nami „zaopiekował” w Żołudku. 

Jedziemy piękną drogą w górę Niemna. Mijamy kolorowe wioski. Czasem rzeka odsłania nam się w całej okazałości.


Niemen

Niemen

 

Wspaniałe jest to, że droga jest zupełnie pusta przez co mamy małe szanse na zderzenie z „ziłem” czy jakąś inną żelazną „maszyną”. Wieczorem znajdujemy wspaniałe miejsce biwakowe, dokładnie tam, gdzie rzeka Dzitwa wpada do Niemna. Obydwie rzeki nadają się do kąpieli Wybieramy jednak tę mniejszą – ponieważ jest czystsza. Ciepło wody pozostawia jednak sporo do życzenia. Poza tym komary nie dają nam, spokojnie żyć na zewnątrz. Ja z Alką już w pierwszych minutach po rozstawieniu namiotu słyszymy bzykanie ponad setki komarów, które zadomowiły się na dobre pod naszym tropikiem...


Dzitwa

Dzitwa

 

17. VII. 2004

rzeka Dzitwa – Dokudowo – Łukaszino – Iwie – Wasilewiczi – rzeka Gawja (∆ = 67 km)

 

Rano ociągamy się z wyruszeniem. Wychodzi słońce i po raz pierwszy na wyjeździe robi się naprawdę gorąco. Korzystamy więc z okazji i kąpiemy się w Dzitwie. Jednak wszystko co przyjemne musi się skończyć. 


To my

To my

 

Ruszamy w dalszą drogę. Znowu jedziemy asfaltem i gruntówkami przez lasy, pola i malownicze wioski. Po południu docieramy do Iwii. Robimy spore zakupy, pijemy kwas chlebowy z beczkowozu i rozkoszujemy się smakiem białoruskich lodów.


W sklepie

W sklepie...

 

 Później zwiedzamy jedyny białoruski meczet i „jeździmy na około” kościoła bernardynów, który jak na złość jest zamknięty.


Iwie - meczet

Iwie - meczet tatarski

 

Po kilku godzinach wizyty w Iwiu, opuszczamy miasteczko. Jedziemy jeszcze 20 km i rozbijamy się w zakolu rzeki Gawji. Miejsce jest piękne, z lądem łączy nas kilkunastometrowy pas ziemi, na około płynie woda. Niestety bezczelność komarów nie pozwala nam w pełni rozkoszować się przyrodą. Nawet, gdy rozpalamy ognisko aby je odpędzić, krwiożercze bestie wydają się być niewzruszone.

 

 

18. VII. 2004

rzeka Gawja – Subotniki – Żemisławl (Żemosław) – Trabi – Golszany (Holszany) – Boruny – Krewo – Swetocz – Belaja (∆ = 93 km)

 

Rano budzi nas słońce. To pierwszy dzień na Białorusi, gdy z powodu ciepła nie można rano wytrzymać w namiocie. Jeszcze tylko szybka kąpiel w Gawji i wyruszamy.

Spokoje mijamy tabliczkę „Strefa przygraniczna – wjazd z przepustkami”. Kilka kilometrów dalej zatrzymuje nas biała Łada, wychodzi z niej dwóch umundurowanych ludzi z karabinami w ręku. To pogranicznicy. Wyglądają dość groźnie, proszą o paszporty. Pytają się czy mamy przepustki. My mocno zdziwieni odpowiadamy, że żadnych przepustek nam nie dano. Pytają czy widzieliśmy tabliczkę. My zgodnie kłamiemy, że nie. Wyjaśniam, że jesteśmy turystami, zwiedzamy Białoruś i właśnie jedziemy zobaczyć pałac w Żemosławiu. Uśmiechają się, mówią jak dojechać, a także pokazują na mapie dalszą drogę na Holszany. Na odchodnym wspominają jeszcze, że bez przepustek nie można jeździć w strefie przygranicznej. Wsiadają do samochodu i odjeżdżają

            Pałac Umiastowskich w Żemosławiu jest położony nad malowniczym jeziorem. Budynek jest kopią pałacu łazienkowskiego. Dziś, dość zaniedbany, jest siedzibą władz lokalnych. Wewnątrz zachowały się mozaiki ścienne, schody, balustrady... W miejscu dawnego gazonu z kwiatami stoi pomnik żołnierza Armii Czerwonej. Mam wrażenie, że dawni właściciele majątku nie promienieliby z zachwytu widząc to połączenie. Toporna statua radzieckiego wojownika bardzo szpeci to miejsce. Nieco zasmuceni współczesnym widokiem zespołu pałacowego ruszamy w kierunku Holszan.


Okolice Żemosławia
Żemosław - pałac

"Łazienki Królewskie" w Żemosławiu

 

Bardzo przyjemna leśna droga prowadzi nas 10 kilometrów. Później zaczynają się góry. Ciągłe podjazdy i zjazdy szybko dają nam się we znaki. Staramy się nie zatrzymywać, aby nie tracić tempa. Dłuższy odpoczynek robimy dopiero w Holszanach. Spotykamy tu grupę białoruskich turystów rowerowych, którzy podobnie jak my przemierzają swój szlak. Są z Grodna, jadą od Naroczy do swojego miasta. W piętnastoosobowej grupie nie ma ani jednej dziewczyny. Chłopaki jadą głównie na starych rowerach (Ukrainach), często w złym stanie technicznym i bez przerzutek (zaledwie 3 lub 4 osoby mają rowery górskie). Na bagażnikach plecaki przywiązane sznurkami do metalowej konstrukcji (dwóch posiada sakwy). Prawdziwe zuchy. Jak dają sobie radę na wysokich wzniesieniach? Nie wiem. Jedno jest pewne – aby podróżować na rowerze, nie trzeba mieć jakiegoś wyjątkowego, kosztownego sprzętu. Życzymy im szerokiej drogi, a sami ruszamy na zwiedzanie klasztoru franciszkanów i ruin zamku Sapiehów. Zabytki nie robią na mnie oszałamiającego wrażenia.


Holszany

Ruiny zamku Sapiehów

 

            Jedziemy w kierunku Krewa. Droga cały czas pnie się pod górę. Po kilkukilometrowym podjeździe osiągamy wysokość 311 m.n.p.m. Wspaniały widok – pola, lasy, wioski, a żółta kropeczka w oddali to klasztor w Borunach. Ze szczytu zjeżdżamy z tak zawrotną prędkością, tak że w kilka minut docieramy do niego.


Boruny - klasztor

Boruny - pobazyliański kościół i klasztor

 

 Zwiedzamy kościół, nabieramy wody z uzdrawiającego źródełka i jedziemy dalej. Białoruskie „góry” kończą się, droga nie jest już tak strasznie męcząca. Nie znaczy to jednak, że asfalt nas nie rozgrzewa. Ja czuję się, jakbym płonął.

            Krewo w 1385 roku było świadkiem podpisania pierwszej unii pomiędzy Polską i Litwą. Do dziś zachowały się okazałe ruiny XIV wiecznego zamku zbudowanego przez litewskiego księcia Olgierda. Ci, którzy spodziewają się tutaj dobrze zachowanych murów i baszt, mogą się trochę rozczarować.


Krewo - ruiny zamku
Krewo - ruiny zamku

Zostały tu jedynie resztki ceglanych murów, które nie każdemu od razu muszą się kojarzyć z ruinami zamku. W każdym razie Tuśka i Ania są tak zawiedzione zastanym widokiem, że z łatwością rezygnują ze zwiedzania na rzecz odpoczynku w cieniu sklepu.



Furmanka

Jadą wozy kolorowe ???

 

Z Krewa jedziemy jeszcze ponad 20 km do jeziora Białego i tam rozbijamy nasz biwak. Tego dnia przejechaliśmy ponad dziewięćdziesiąt kilometrów. Po takim wysiłku śpi się bardzo dobrze.

             

19. VII. 2004

Belaja – Zalesie – Olenec – Ruczica – Wilejka – Liubań – Iża – Mokrica – Zanarocz (∆ = 83 km)

 

            Budzimy się w słońcu. Dzień zapowiada się wspaniale. Przed nami ciekawa trasa – w perspektywie zwiedzanie pałacu Ogińskich w Zalesiu, droga przez lasy i małe wioski przy brzegu rzeczki Narocz, później kąpiel w samym jeziorze.

Niebawem jednak piękną perspektywę psuje moje przednie koło, które zaczyna niemiłosiernie skrzypieć i trzeć, tak, że w Zalesiu jestem zmuszony je rozkręcić. W piaście brakuje smaru i jednej kuleczki łożyska. Zostawiam Alę, Anię i Tuśkę pod sklepem „Polonez” a sam idę na poszukiwanie smaru łożyskowego w miejscowych sklepach. Poszukiwania kończą się fiaskiem. Najbliższy sklep lub serwis samochodowy czy rowerowy znajdują się w Smorgoniach, które są 12 kilometrów stąd i znajdują się zupełnie nie po drodze. Moim szczęściem okazuje się być 40 letni mężczyzna, który obiecuje sprowadzić mi coś ze swojego domu. Po 30 minutach dociera pod „Poloneza” gdzie znajduje się stanowisko z moim rowerem i rozebraną piastą. W ręce ma pudełko ze smarem i kilka typów łożysk – bez problemu udaje się dobrać kulkę taką, jaka jest mi potrzebna. Mój dobroczyńca nie chce żadnej zapłaty. Cała operacja: rozkręcania, szukania, czekania, skręcania zajmuje mniej więcej dwie godziny.

Nareszcie możemy udać się na zwiedzanie pałacu. Niestety budynek okazuje się ruiną: okna pozabijane deskami, tynk odpada, a piękny park, który miał być nieopodal pałacu to właściwie haszcze.


Zalesie

Zalesie - pałac Ogińskich

 

Nie tak wyobrażaliśmy sobie pałac twórcy słynnego poloneza „Pożegnanie ojczyzny”. Szybko opuszczamy Zalesie i udajemy się do Oleńca gdzie znajduje się most na rzece Wilii. I tu kolejna niespodzianka: mostu nie ma – jest tylko na mapie. Miejscowi twierdzą, że był przed wojną, lecz później białoruscy partyzanci wysadzili go w powietrze. Nie wiemy co robić. Jedynym wyjściem wydaje się być przeprawa w Smorgoniach, co nie pasuje nam za bardzo. I tutaj znowu szczęście. Spotykamy Gienadija, mężczyznę około pięćdziesiątki, od którego nieco czuć alkohol. Zna on bród, którym spokojnie można przejść przez Wilię mając wodę do pasa. Nieco zdesperowani decydujemy się na przeprawę. Wraz z Gienadijem zdejmujemy ubrania i turami przenosimy rzeczy na drugą stronę. Woda w rzece sięga co prawda trochę wyżej niż „tylko do pasa”, ale spokojnie da się przenieść rowery i wszystkie bagaże. W czasie przenoszenia rozmawiam sobie z Gienadijem. Okazuje się, że Gienadij jest  teraz na mundurowej emeryturze. Był kapitanem w wojsku, a teraz dostaje 250 dolarów miesięcznie. Jego matka jest sparaliżowana i dostaje 100 dolarów renty inwalidzkiej. Gdy chcę mu dać jakąś sumę za pomoc on zdecydowanie odmawia. Chyba jesteśmy dla niego atrakcją.


Przeprawa przez Wilię

Przeprawa przez Wilię...

 

Po przeprawie prowadzi jeszcze kilometr do drogi, która ma cały czas biec wzdłuż rzeki Narocz. Kilkukilometrowy odcinek okazuje się „mocno piaszczysty”, czego rezultatem są siarczyste przekleństwa Alicji, która ma cienkie opony. Po godzinie jazdy, nieco zmordowani drogą postanawiamy zrobić dodatkowo kilka kilometrów, ale jechać tylko asfaltem.


Grodno - widok na miasto

W którą stronę do Naroczy?


Lubań - cerkiew

Lubań - cerkiew

 

W rezultacie dodajemy sobie 20 kilometrów, ale można jechać z przyzwoitą prędkością. Późnym popołudniem zahaczamy jeszcze o sklep. Sprzedawczyni bardzo zachwala serki topione, jednak gdy Tuśka chce je kupić, okazuje się że są...spleśniałe.

Dalej jedziemy jeszcze przez bardzo krętą i piaszczystą drogą w kierunku jeziora Narocz. Przypominają mi się wspomnienia Sergiusza Piaseckiego z jego podróży nad największe polskie jezioro. Droga była piaszczysta i wyboista a autobus cały czas na niej podskakiwał. Nasza trasa jest więc właśnie taka, tyle tylko, że nie ma na niej śladu autobusu. Są za to ślady traktorów, które powodują, że my i nasze wnętrzności intensywnie drgamy. Droga nie jest dobrej jakości, potwierdza to irytacja niektórych uczestników wyjazdu. Ponieważ to ja ją wybrałem, wolę wysunąć się nieco na przód, aby uchronić się przed atakami rozczarowanych trudnościami jazdy turystek.




Ach te białoruskie pola...

            Gdy dojeżdżamy, jesteśmy tak zmęczeni, że pierwszymi rzeczami na które mamy ochotę są: solidna kąpiel i sen. Jezioro Narocz jest rzeczywiście ogromne. Woda czysta, przejrzysta i po raz pierwszy w czasie wyjazdu ciepła (!) To pewnie efekt ostatnich upałów oraz zasługa tego że jezioro jest płytkie. Nawet kilkaset metrów od brzegu woda sięga nieco ponad kolana.

 

20. VII. 2004

Zanarocz – Narocz – Nanosy (∆ = 20 km)


Jezioro Narocz

Jezioro Narocz

 

Dzień jest smutny – Ania i Tusia muszą wracać do Warszawy. Niebo robi się ciemne, od czasu do czasu pada deszcz, a ja z Alicją zostajemy sami. Zupełnie nie mamy ochoty na dalszą jazdę. Przeczekujemy deszcz, leniuchujemy, zbieramy jagody, zwiedzamy nadnaroczańskie ośrodki wczasowe w celu znalezienia restauracji. Tutaj wszystko funkcjonuje podobnie jak dawniej u nas. Ośrodki składają się z drewnianych domków lub betonowych „bloko-baraków”, a stołówka jest tylko dla tych, którzy mają wykupione wczasy. Rozbijamy więc nasz namiot na cyplu niedaleko wioski Nanosy i zadowalamy się tym co sami gotujemy. Wieczorem wychodzi słońce a na przeciwległym brzegu zaczyna się dyskoteka. W nocy śpimy kiepsko. Towarzyszą nam skoczne dźwięki hitu tego lata „Drgostea din tei”...

 

CDN

 



W ośrodku wypoczynkowym
W ośrodku kolonijnym

Kołchoz Świt
Kołchoz "Świt"

Na plaży
Na plaży




Komaje - obronna cerkiew
Komaje - cerkiew obronna

Łyntupy - pałac...
Łyntupy - pałac...




Wilno - dawna ulica Mickiewicza, dziś aleja Giedymina
Wilno - dawna ulica Mickiewicza, dziś aleja Giedymina

Paluse - najstarszy drewniany kościół na Litwie
Paluse - najstarszy drewniany kościół na Litwie


Na pojezierzu auksztockim

Dąb Piłsudskiego
Zułów - dąb Piłsudskiego

Oficyna dworu Piłsudskich
Oficyna dworu Piłsudskich

Powiewiórka
Powiewiórka - miejsce chrztu marszałka

Pikieliszki
I jego dworek w Pikieliszkach

Ja


Ala
W Europos Centras Parkas

Kobieta patrząca na księżyc...
Kobieta patrząca na księżyc tamże

Niemież - meczet tatarski
Niemież - meczet tatarski

Autoservisas
Autoservisas

Jaszuny
Pałac w Jaszunach


zobacz mapkę przejazdu
przejdź do strony głównej