

Gorąco i duszno. Czekam na szary tłum. Ten zabierając
swoje tobołki, torby i koszyki, pchając się niemiłosiernie, powoli zmierza w
kierunku wyjścia. Ktoś krzyczy, komuś się coś rozsypuje na ziemię, ktoś kogoś
popycha... W końcu mogę wyprowadzić rower z przedziału. Wraz z człowiekiem,
który także podróżował ze swoją „Ukrainą” wyjmujemy
nasze pojazdy z rozgrzanego wagonu. Jest już grubo po południu gdy ląduję na
peronie stacji końcowej Zdołbunów. Stąd jest jeszcze 40 kilometrów do Ostroga.
Droga
strasznie się dłuży. Słońce chowając się za wołyńskie drzewa i pagórki
przypomina, że wkrótce zaśnie. Jezioro, las, pagórek, następny pagórek, dym...
Do miasta dojeżdżam, gdy zapada zmierzch.
Ostróg to
dawne miasto książęce. W XVI wieku było centrum potężnego latyfundium
Ostrogskich - jednego z największych na terenach Rzeczypospolitej. Po dawnej
"wielkości" tego ośrodka niewiele pozostało...
Dziś to typowe prowincjonalne
miasteczko o mieszanej zabudowie. Sporo drewnianych domków z ogródkami, kilka
bloków nad którymi góruje zamek i złote kopuły cerkwi zamkowej – ślady dawnej świetności grodu. Jest także, kościół katolicki, bramy wjazdowe, ruiny synagogi
oraz Akademia Ostrogska – czyli dawny klasztor ojców Kapucynów. Wszystko to
porozrzucane i przemieszane stanowi dość przypadkową układankę. W środku
miasteczka znajduje się spory plac – tu zapewne przy gmachu partii jeszcze
kilkanaście lat temu stał dumnie pomnik Włodzimierza Ilicza. Dziś zbiera się młodzież
- najczęściej wieczorami gdy jest już zupełnie ciemno (w Ostrogu nie ma latarni
lub gdy są - nie świecą się). Młodzi rozmawiają, wesoło chichoczą, słychać ich
głosy, krzyki lub dźwięk rozbijanego szkła.
Przyjeżdża
Wojtek. Razem planujemy krótką wyprawę rowerową przez Wołyń. Mamy namiot, butle
z gazem, palnik, menażki – wszystko co trzeba aby rozbić „obozowisko”. Nasze
krótkie spodenki przyciągają wzrok ostrożan. Ludzie się nam przyglądają z
ciekawością. Raz gdy przechodzę koło grupy młodych chłopaków słyszę za swoimi
plecami cichy śmiech i określenie „artist”. Tu po ulicy w krótkich spodniach
chodzą tylko dzieci. Dorosłym i młodzieży chyba już nie wypada - co innego nam
artystom...
8. IX. 2002
Ostróg – Międzyrzecz Ostrogski
– Nowomalin – Buszcza – Buderaż – Sujmy – Stupno
Deszcz,
poranna msza, błogosławieństwo księdza Witolda. Ludzie spod kościoła dziwią
się, że chcemy jechać do Tarnopola na rowerach. Ostrzegają, że „mogą nas
napaść, pobić, zabić”, że różni zbóje mieszkają na Wołyniu, proszą abyśmy byli
ostrożni.
Po mszy czeka nas prawdziwa
uczta u naszych gościnnych gospodarzy. Na stole jest wszystkiego w bród –
ilości niemożliwe do zjedzenia na raz. Pamiętam tylko dzieło Tani: pomidory z
serem żółtym i majonezem oraz „butterbrody” mojej babci Julii. Wszystko to
zakrapiane winem i samogonem. „A czy od tego samogonu nie ślepnie się?” –
pytam. „A gdzież to! Gdyby się ślepło to u nas każdy chodziłby ślepy...”. Nieco
wstawieni i mocno obżarci wstajemy od stołu. Bardzo syto kończy się pierwsza
część dnia.
Po
południu z pomocą Wasi i Wani szykujemy nasze wehikuły. Sakwy lądują na
bagażnikach. Niebo nie wróży niczego dobrego, jednak jest lepiej niż rano,
czasem prześwituje słońce. Przezornie, gdzieś na wierzchu bagażu ukrywamy
peleryny...
Ruszamy. Droga na Dubno nie zaczyna
się najlepiej. Asfalt jest, ale w postaci szczątkowej. Sporo dziur i łat, aż
strach rozpędzać się w czasie zjazdów.
Z daleka
widzimy ogromną cerkiew w Międzyrzeczu Ostrogskim. Jest ona jedną z zabytkowych
atrakcji na naszej trasie. pochodzącą z początku XVII wieku.
Gotycko-bizantyjska budowla wraz z zespołem klasztornym jest otoczona 1,5
metrowymi murami obronnymi. Wszystko to z bliska wydaje się po prostu
kolosalne. Pomiędzy budynkami klasztoru przechodzą brodaci mnisi. Wyraźnie boją
się aparatu fotograficznego, zakrywają twarze. Wchodzimy do środka cerkwi,
zaczepia nas jeden ze starszych mnichów. Pokazuje wnętrze, potem opowiada o
klątwie, jaka została rzucona na ród Ostrogskich. Według niej jeżeli któryś z
książąt ośmielił się zmienić wyznanie, miał zostać ukarany brakiem męskiego
potomka. Klątwa spełniła się na Januszu Ostrogskim, który zmienił wyznanie z
prawosławnego na katolickie. Po śmierci księcia Janusza, Ostrogscy znikli z
„panteonu wielkich” Rzeczypospolitej . Później rozmowa z mnichem przechodzi na
tematy czysto religijne, czyli: czemu prawosławie jest lepsze od katolicyzmu.
Niestety z powodu braku wiedzy teologicznej, chęci, czasu, a przede wszystkim
słabej znajomości języka ukraińskiego nie jesteśmy w stanie nawiązać dialogu.
Szybko kończymy rozmowę, wsiadamy na rowery i uciekamy w kierunku Nowomalina.
Droga robi się jeszcze gorsza niż przedtem.
Zamiast asfaltu pojawiają się „kocie łby”, po których nie sposób jechać na
rowerze. Najłatwiej jest podążać z boku, gdzie zbiera się kurz i nie trzęsie
tak bardzo. Utrzymanie prędkości 20 kilometrów na godzinę graniczy raczej z
cudem.
W Nowomalinie droga się kończy. Najgorsze jest to, że nie widzimy żadnej
innej idącej w kierunku Dubna. Jakieś górki i dołki, kręcimy się trochę po
rozwalającym się kołchozie, oglądamy ruiny pałacu, a raczej ścianę, która po
nim została... Aż strach pomyśleć co stało się z jego właścicielami. W końcu
jednak znajdujemy niewielką ścieżkę, którą podążamy przez las. Po 10
kilometrach dojeżdżamy do wioski Buszcza. Kolejny rozwalający się kołchoz i
wiejskie zaniedbane chaty. Jakieś babiny prowadzą krowy po piaszczystej drodze.
Widzimy sporo pijanych mężczyzn na uliczkach. Większość z nich ubrana jest w
garnitury, zataczają się, patrzą „spode łba” kilku z nich krzyczy coś do nas.
Do tego głośna skoczna muzyka, towarzysząca lokalnemu weselu... Wszystko to
wprawia nas w dość dziwny nastrój, który bynajmniej nie zachęca do zatrzymania
się, ale wręcz do gwałtownego przyspieszenia. Przy wyjeździe z wioski, żegna
nas ukraińska krasotka i napis „Szczasliwoj dorogi”. Po kilkuset metrach
jesteśmy szczęśliwi – zaczynają się „kocie łby”...
Kierownica drga, wnętrzności się trzęsą, chwilami osiągamy nawet zawrotną
prędkość 14 km/h. Wojtek kręci nosem, że droga jest dziadowska. I tak już do
końca dnia. Gdy robi się ciemno rozbijamy namiot w obszernym wąwozie pod wsią
Stupno. Miejsce nie jest rewelacyjne, płynący nieopodal strumyk jest bardzo
mętny i nieładnie pachnie. Nie mamy jednak wyboru trzeba gdzieś spać.
Rano budzą
nas okrzyki pasterzy, odgłosy krów i łamanych krzaków koło namiotu. Okazuje
się, że „nasz wąwóz” służy za pastwisko dla liczącego sobie kilkadziesiąt krów
stadka. W słońcu woda w pobliskim strumyku przypomina kolorem tę wiślaną... Nie
mamy ochoty na mycie. Szybko zwijamy namiot i ruszamy. Staramy się jechać
gruntową ścieżką oddaloną nieco od głównej „autostrady”, biegnącą jednak
równolegle do ulubionych „kocich łbów”.
Widoki
piękne: pusta gruntowa droga, lasy, pagórki, dolinki. Słońce mocno grzeje – nie
sprawdziły się nasze obawy pogodowe. Mimo pięknej aury, powietrze jest mało
przejrzyste. Od początku wyjazdu cały Wołyń objęty jest spontaniczną akcją pt.
„wypalanie traw i krzaków”. Gęsty dym ścieli się na polach, ogranicza
widoczność, drażni nos i oczy. Gdyby nie zapach możnaby pomyśleć, że to mgła.
Na polach palą się ogniska a ludzie wykopują ręcznie kartofle z ziemi. Pracują
całe rodziny, młodzi i starzy, pomagają sąsiedzi, znajomi, przyjaciele... Kopią
motykami, łopatami, rękoma, czym tylko się da. Czasami pomaga koń z kopaczką do
ziemniaków. Plony z pola są zwożone na wozach drabiniastych, rowerach lub
samochodach - „maszinach”. W ten sposób mieszkańcy wsi zaopatrują się w
ziemniaki na zimę. Macham na przywitanie i robię zdjęcie kopiącym. Pada pytanie
„Zwidki Wy?”. Odpowiadam, że z Polszczi. „Aaaa ...u nas byli susidy
Paliaki...”. Wolimy nie pytać jaki los spotkał sąsiadów. Żegnamy się i jedziemy
dalej.
Po kilku kilometrach znowu czekają nas
ukochane kamyczki, a ja „łapię na nich dętkę”. Całemu wydarzenu, moim przekleństwom przygląda i przysłuchuje się młody przedstawiciel nacji ukraińskiej.
Pomaga mi "reperować". Szybka naprawa i możemy posuwać
się dalej. Niestety „cudowna” nawierzchnia ukraińskich dróg towarzyszy nam, aż
do Dubna.
Po trudnej
trasie, gdy dojeżdżamy do celu, odpoczywamy i śniadaniujemy. Napychamy się
bułkami, ciasteczkami, lodami, wszystko to popijamy ukraińskim jogurtem. Trudno
jest się teraz zmobilizować do obejrzenia turystycznych atrakcji Dubna. Zabytki
miasta: cerkiew, 3 kościoły i zamek nie robią na nas oszałamiającego wrażenia,
dlatego wkrótce ruszamy w kierunku Krzemieńca.
Nie ma
mowy o bocznych drogach. Tym razem decydujemy się pojechać główna trasą. Nie
jest bardzo zatłoczona, a nawierzchnia znacznie lepsza niż na poprzednich
odcinkach. Za to kierowcy, jeżeli są, to jeżdżą ja wariaci. Przy samym
wyjeździe z Dubna, Wojtek prawie wpada pod koła nadjeżdżającej z przeciwka
Łady. Właściwie to ta Łada, wyprzedzając na trzeciego prawie zmiata go z drogi.
Gdyby nie sprawny ruch wojtkowej kierownicy i szybkie odbicie w prawo, mogłoby
się źle skończyć. Kilkanaście kilometrów dalej ja mam bardzo podobne zdarzenie,
tylko że wjeżdża na mnie ciężarowy Ził. Zjazd do rowu ratuje mi życie. Mamy
wrażenie, że wielu ukraińskich kierowców, albo nie umie jeździć albo jeżdżą
ślepi, pijani po samogonie. Standardem jest nie zachowywanie dystansu przy
wyprzedzaniu i trąbienie na cyklistów. Może na Wołyniu rowerzysta nie ma prawa
jeździć po szosie?
Wieczorem
dojeżdżamy do Krzemieńca. Jesteśmy spoceni, zmęczeni i trochę mamy dość trasy
jak na dzisiaj. Nie chcemy biwakować. Na szczęście udaje się znaleźć niewielki
hotelik, gdzie po krótkim targowaniu decydujemy się zostać.
Dzień
rozpoczynamy od zwiedzania Krzemieńca. Miasteczko jest całkiem ładne, jednak
mocno zaniedbane - z budynków odchodzą tynki i farba. Część z nich jest właśnie
odmalowywana. Okazuje się, ze remont jest wykonywany naprędce ponieważ za dwa
tygodnie mają tu przyjechać prezydent Kwaśniewski i Kuczma. Ciekawie wygląda
przestrzeń pomiędzy: Soborem św. Mikołaja, klasztorem Jezuitów i słynnym Liceum
Krzemienieckim. Tak jak w wielu radzieckich miastach i tu wybudowano coś co
miało na celu odwrócenie uwagi mieszkańców od obiektów sakralnych. Tym czymś w
Krzemieńcu jest ogromny plac-cmentarz, żołnierzy Armii Radzieckiej – bohaterów
i zwycięzców „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-1945”. Przy cmentarzu znajdują
się także pomniki wyżej wymienionych „gierojów”. Kolejną atrakcją Krzemieńca
jest dworek-muzeum Juliusza Słowackiego. Niestety okazuje się, że jest ono
chwilowo nieczynne ponieważ wszystkie zbiory wyjechały do Polski (o ironio losu).
Pocieszamy się więc wycieczką na górę Bony, gdzie znajdują się ruiny zamku wybudowanego
przez księcia Witolda. Stąd też roztacza się najpiękniejszy widok na zadymione
miasto.
Jest
piękna pogoda, wiatr mamy w plecy dlatego przemieszczamy się dość prędko.
Okolice Krzemieńca są górzyste. Jadąc w kierunku Tarnopola ciągle gdzieś
wjeżdżamy lub zjeżdżamy. Powoli przyzwyczajamy się też do drogowych zwyczajów
tutejszych kierowców: oczy mamy szeroko otwarte. Po drodze zahaczamy o
Wiśniowiec, gdzie oglądamy pałac Wiśniowieckich. Niestety budynek nie jest w
najlepszym stanie, obecnie mieści się tu szkoła.
Następnym
przystankiem naszej wycieczki jest Zbaraż. Miasteczko opisywane przez Sienkiewicza okazuje się
raczej brzydkie i zaniedbane. Po środku znajduje się wielki pusty plac, na przystankach
autobusowych stoją ludzie i leżą pijani...
Kościół i klasztor bernardynów otoczony jest drewnianym płotem tak, jakby był zupełnie opuszczony. W dość
dobrym stanie znajduje się położony na ruinach dawnego zamku pałac. Do środka
nie da się wejść – trwają prace remontowe. Jesteśmy nieco zawiedzeni,
postanawiamy więc pocieszyć się. Plan obejmuje degustację miejscowych specjałów
kulinarnych. Wkrótce więc lądujemy w centrum miasteczka i zajadamy się pysznymi
pierogami – czyli po prostu „warennikami”. Całość popijamy ukraińskimi trunkami
„rum z kolą” i „dżin z tonikiem” Późnym
popołudniem opuszczamy Zbaraż. Przy zachodzącym słońcu, przez zadymione pagórki
przedostajemy się do Tarnopola. Tutaj kończy się nasza trzydniowa wycieczka po
Wołyniu. Następnego dnia jest jeszcze podróż
pociągiem i przygody z ukraińskimi przemytnikami, ale to już zupełnie inna
historia.
Wojtek przejeżdża koło przystanku autobusowego w Zbarażu
Zbaraż - pałac
Wyjazd z parku pałacowego
Pętla autobusowa
Zbaraż - klasztor bernardynów